marcin

koszczyński

Przygotowuję sportowców do obciążeń zawodowego sportu i wyzwań codzienności.

marcin

koszczyński

Przygotowuję sportowców do obciążeń zawodowego sportu i wyzwań codzienności.

marcin

koszczyński

Przygotowuję sportowców do obciążeń zawodowego sportu i wyzwań codzienności.

Nie wiem, czy to, co napiszę, będzie dla kogoś pomocne. Ale wiem, że sam szukałem takich słów, kiedy zaczynałem opiekę nad moją Mamą. Być może ktoś, kto dziś jest w podobnym miejscu jak ja wtedy, znajdzie w tym tekście coś dla siebie.

Opieka nad osobą z demencją to przede wszystkim nieustanna zmiana. Nigdy nie wiedziałem, kogo rano przyjdzie mi powitać. Jednego dnia Mama była obecna i logiczna w rozmowie, innego – całkowicie nieobecna. Czasem zmieniało się to z godziny na godzinę. Dopiero kiedy patrzyłem na to wszystko z perspektywy tygodni, dostrzegałem powolne zmiany – czasem na lepsze, ale też te nieodwracalne. Zanik zdolności planowania, podejmowania samodzielnych decyzji, nawet tych najprostszych, jak co ugotować na obiad.

Z czasem zrozumiałem, że z tym nie warto walczyć. Że wiele z tych zmian trzeba po prostu przyjąć – nie dlatego, że się poddajemy, ale dlatego, że siłowanie się z chorobą przynosi więcej szkody niż pożytku. Chciałem, żeby Mama miała spokój. Żeby nie czuła, że coś robi źle, że czegoś nie pamięta. Nie poprawiałem jej, nie wyprowadzałem z błędu. Spokój stał się dla mnie celem samym w sobie – ważniejszym niż dokładność, prawda czy poprawność.

To była bardzo trudna opieka. Bo relacja syna z Mamą to coś wyjątkowego, szczególnie kiedy przychodzi się nią opiekować w tak intymnym i bezbronnym stanie. Mycie, dbanie o higienę intymną, patrzenie, jak bliska osoba powoli zanika, było bolesne. A jednocześnie w tej chorobie objawiło się coś niespodziewanego – Mama, której wcześniej nie znałem. Taka, która potrafiła się śmiać, żartować z angielskim dystansem. Gdy mówiłem jej, że ładnie wygląda, śmiała się zdrowo, odpowiadając, że przecież i tak jest tylko powykrzywianą staruszką, i że moje komplementy są pewnie wymyślone. Nigdy wcześniej nie miała takiego poczucia humoru. To było nowe, wyjątkowe i piękne. Mieliśmy dzięki temu powody do wspólnego śmiechu.

Starałem się organizować jej dzień tak, by w zależności od samopoczucia wykonywała proste zadania. Czasem to była opieka nad pluszową kapibarą, czasem rysowanie, zabawa z psem – rzucała piłkę, a Majka ją aportowała. Z tygodnia na tydzień Mama coraz lepiej radziła sobie z ruchem, odzyskiwała koordynację. Nie było tego dużo, ale wystarczająco, by głowa i ciało nie czuły się całkowicie bezużyteczne.

Zabierałem ją też na zajęcia dla seniorów, które prowadzę – jeśli tylko miała siłę i dobry dzień. A jeśli nie – siadała w kuchni i patrzyła, jak gotuję. Czasem, gdy miała więcej energii, obierała marchewkę. Kiedy było naprawdę źle, sadzałem ją na wózku pod drzewem w sadzie. Tam, wśród śpiewu ptaków, mogła się wyciszyć i odpocząć.

Korzystałem też z tego, co lubiła wcześniej – gotowania, ogrodu, bliskości przyrody. Te znane sytuacje były dla niej bezpieczne, znajome, kojące. Nie chodziło o to, żeby robiła dużo. Chodziło o to, by nie była sama w tym swoim nowym świecie.

Piszę to, bo może ktoś inny też się z tym mierzy. Może komuś te słowa pomogą choć odrobinę zrozumieć, że nie wszystko trzeba naprawiać. Że czasem wystarczy być blisko.

Z czasem planuję też podzielić się kilkoma nagraniami, w których pokazuję proste ćwiczenia i formy aktywności, jakie wprowadzałem, by wspierać Mamę w tym procesie. Może pomogą choć jednej osobie poczuć, że nie jest sama.

Opieka nad Mamą z demencją

Opieka nad osobą z demencją to przede wszystkim nieustanna zmiana. Nigdy nie wiedziałem, kogo rano przyjdzie mi powitać. Jednego dnia Mama była obecna i logiczna w rozmowie, innego – całkowicie nieobecna. Czasem zmieniało się to z godziny na godzinę.

Nie wiem, czy to, co napiszę, będzie dla kogoś pomocne. Ale wiem, że sam szukałem takich słów, kiedy zaczynałem opiekę nad moją Mamą. Być może ktoś, kto dziś jest w podobnym miejscu jak ja wtedy, znajdzie w tym tekście coś dla siebie.

Opieka nad osobą z demencją to przede wszystkim nieustanna zmiana. Nigdy nie wiedziałem, kogo rano przyjdzie mi powitać. Jednego dnia Mama była obecna i logiczna w rozmowie, innego – całkowicie nieobecna. Czasem zmieniało się to z godziny na godzinę. Dopiero kiedy patrzyłem na to wszystko z perspektywy tygodni, dostrzegałem powolne zmiany – czasem na lepsze, ale też te nieodwracalne. Zanik zdolności planowania, podejmowania samodzielnych decyzji, nawet tych najprostszych, jak co ugotować na obiad.

Z czasem zrozumiałem, że z tym nie warto walczyć. Że wiele z tych zmian trzeba po prostu przyjąć – nie dlatego, że się poddajemy, ale dlatego, że siłowanie się z chorobą przynosi więcej szkody niż pożytku. Chciałem, żeby Mama miała spokój. Żeby nie czuła, że coś robi źle, że czegoś nie pamięta. Nie poprawiałem jej, nie wyprowadzałem z błędu. Spokój stał się dla mnie celem samym w sobie – ważniejszym niż dokładność, prawda czy poprawność.

To była bardzo trudna opieka. Bo relacja syna z Mamą to coś wyjątkowego, szczególnie kiedy przychodzi się nią opiekować w tak intymnym i bezbronnym stanie. Mycie, dbanie o higienę intymną, patrzenie, jak bliska osoba powoli zanika, było bolesne. A jednocześnie w tej chorobie objawiło się coś niespodziewanego – Mama, której wcześniej nie znałem. Taka, która potrafiła się śmiać, żartować z angielskim dystansem. Gdy mówiłem jej, że ładnie wygląda, śmiała się zdrowo, odpowiadając, że przecież i tak jest tylko powykrzywianą staruszką, i że moje komplementy są pewnie wymyślone. Nigdy wcześniej nie miała takiego poczucia humoru. To było nowe, wyjątkowe i piękne. Mieliśmy dzięki temu powody do wspólnego śmiechu.

Starałem się organizować jej dzień tak, by w zależności od samopoczucia wykonywała proste zadania. Czasem to była opieka nad pluszową kapibarą, czasem rysowanie, zabawa z psem – rzucała piłkę, a Majka ją aportowała. Z tygodnia na tydzień Mama coraz lepiej radziła sobie z ruchem, odzyskiwała koordynację. Nie było tego dużo, ale wystarczająco, by głowa i ciało nie czuły się całkowicie bezużyteczne.

Zabierałem ją też na zajęcia dla seniorów, które prowadzę – jeśli tylko miała siłę i dobry dzień. A jeśli nie – siadała w kuchni i patrzyła, jak gotuję. Czasem, gdy miała więcej energii, obierała marchewkę. Kiedy było naprawdę źle, sadzałem ją na wózku pod drzewem w sadzie. Tam, wśród śpiewu ptaków, mogła się wyciszyć i odpocząć.

Korzystałem też z tego, co lubiła wcześniej – gotowania, ogrodu, bliskości przyrody. Te znane sytuacje były dla niej bezpieczne, znajome, kojące. Nie chodziło o to, żeby robiła dużo. Chodziło o to, by nie była sama w tym swoim nowym świecie.

Piszę to, bo może ktoś inny też się z tym mierzy. Może komuś te słowa pomogą choć odrobinę zrozumieć, że nie wszystko trzeba naprawiać. Że czasem wystarczy być blisko.

Z czasem planuję też podzielić się kilkoma nagraniami, w których pokazuję proste ćwiczenia i formy aktywności, jakie wprowadzałem, by wspierać Mamę w tym procesie. Może pomogą choć jednej osobie poczuć, że nie jest sama.